Historia ku przestrodze, czyli dlaczego lepiej dać gwarancję ubezpieczeniową niż wpłacać kontrahentowi żywą gotówkę, która potem znika jak skarpetki w pralce.
Scenka z życia
Wpłacasz kaucję na należyte wykonanie umowy albo na usunięcie wad i usterek.
Minęły dwa lata, robota skończona, wszystko działa. Idziesz po swoje pieniądze… a kontrahent patrzy na Ciebie jak pies na kiełbasę za szybą:
„Pieniędzy? Teraz? No… nie mam…”.
I nie chodzi o to, że nie chce. On naprawdę nie ma. Bo zdążył już je „zainwestować” w inne pilne potrzeby. A jeśli firma w międzyczasie zniknęła z rynku? Cóż… wtedy zostajesz z miłym wspomnieniem i pustym kontem.
Jeszcze w trakcie trwania zabezpieczenia
Niektórzy beneficjenci traktują kaucję jak bonusowy kredyt od Ciebie. Spróbuj zaproponować im zamianę gotówki na gwarancję ubezpieczeniową – i usłyszysz całą gamę wymówek.
Czasem nawet całkiem szczerze powiedzą:
„Ale my tych pieniędzy już nie mamy, więc w sumie… nie bardzo możemy Ci je oddać”.
Dlatego argument: „Mamy dużo gotówki, możemy wpłacać kaucje”…
…brzmi jak początek horroru dla przedsiębiorców.
Tak, mieć gotówkę to świetnie. Ale serio – trzymanie jej na nieoprocentowanym (albo śmiesznie oprocentowanym) rachunku bankowym kontrahenta jest jak trzymanie Ferrari w garażu sąsiada i liczenie, że będzie nim jeździł tylko do myjni.
Morał (czyli rada z przymrużeniem oka)
Masz pieniądze? Zainwestuj je tak, żeby pracowały dla Ciebie – a gwarancje ubezpieczeniowe niech pracują w przetargach i kontraktach.
Przynajmniej będziesz spać spokojnie, a nie śnić o zaginionej kaucji.