Od kiedy w 2010 roku zacząłem zajmować się gwarancjami ubezpieczeniowymi, gwarancje ubezpieczeniowe zapłaty czynszu były dla mnie jak bajka o żelaznym wilku – wszyscy coś o nich słyszeli, ale nikt nigdy nie widział. Klienci pytali, ja pytałem ubezpieczycieli… a odpowiedź zawsze była jak z automatu: „Takie rzeczy to tylko w Erze” (i to tej sprzed dwóch dekad).
Przełom?
Aż tu nagle – niespodzianka! Jeden z ubezpieczycieli dumnie oznajmia:
„My już takie gwarancje mamy! I nawet jedną sprzedaliśmy!”.
Kwota? Nie byle co – czterokrotność czynszu, czyli 20 000 zł.
Jak na galerię handlową – raczej drobniaki, ale tu nie chodziło o lokal pełen butików, tylko kawałek podłogi w hallu. Prawdziwe premium: dostęp do gniazdka i klimatyzacji.
Pierwsze koty za płoty
Zapytania o gwarancje czynszowe może nie spadają na mnie jak manna z nieba, ale pojawiają się z regularnością szwajcarskiego zegarka – raz na jakiś czas, ale zawsze punktualnie. Teraz mam przynajmniej szansę zobaczyć, czy rynek naprawdę dorósł do tego produktu, czy to tylko chwilowa moda jak na fidget spinnery.
Morał
Na razie – ostrożny optymizm. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a jeśli gwarancje czynszowe wejdą do stałej oferty, to może wreszcie żelazny wilk wyjdzie z bajki… i zacznie płacić czynsz na czas.